O tym jak ruszyłam po marzenia…

Opowiem Ci dziś pewną historię. Czy będzie wyjątkowa? Nie wiem. Na pewno jest wyjątkowa dla mnie.

Więc zaparz swój ulubiony napar, usiądź wygodnie i zanurz się w historii dziewczyny (a właściwie to już kobiety), która od dziecka marzyła o scenie, występach i pisaniu własnych tekstów.

Kiedy piszę te słowa jest już późno, więc raczę się wielkim kubkiem z ciepłą zieloną herbatą z markują i jeszcze jakimś owocem, którego nazwy w chwili obecnej nie pamiętam. W moim mieszkaniu panuje błoga cisza. To jest właśnie ten moment, w którym zaczynam moje drugie życie.

Ostatnio za oknem jest już dosyć ponuro. Nic dziwnego – w końcu mamy połowę października. Na dworze robi się chłodniej, a dni stają się coraz krótsze. Najbardziej mam ochotę schować się przed światem, opatulona kocem i zanurzona w jakiejś dobrej historii. W książce tak wciągającej, że nie mogłabym się oderwać. Bohaterach tak pasjonujących, że bez problemu wczułabym się w ich role, a wartka akcja nie dałaby mi w nocy zmrużyć oka.

Za to właśnie kocham literaturę. Za to, że w jednym życiu można przeżyć tysiące różnych przygód i to nie wychodząc z domu. Jedynie zagłębiając się w historię zamkniętą w kilkuset stronach pachnącej papierem i tuszem drukarskim książki.

U mnie w domu zawsze dużo się czytało. Rodzice mieli swoich ulubionych autorów, od których książek uginały się półki starego regału, takiego z czasów późnego PRL-u.


W ubiegłym roku skończyłam czterdzieści lat i wiedziałam, że to właśnie ten moment w moim życiu, w którym czas postawić na marzenia i pokonać lęki i wątpliwości.


Ja w sumie, aż wstyd się przyznać, nałogowo zaczęłam czytać dopiero w liceum – zniechęcona przymusowym czytaniem lektur szkolnych unikałam bibliotek i księgarń. Jednak pomimo tego wszystkiego, było coś co mi ciągle towarzyszyło – bujna wyobraźnia, tworzenie historii oraz muzyka. Pierwszym impulsem, który sprawił, że zaczęłam nałogowo czytać kryminały była książka Joe Alex’a – “Gdzie przykazań brak dziesięciu”. To było podczas długiej przerwy między lekcjami. Z przyjaciółką wybrałyśmy się do biblioteki. Ona wpadła w półkę “romanse”, a ja się kręciłam i rozglądam za czymś kompletnie innym. I właśnie wtedy wpadła mi w ręce ta książka. Leżała nieopodal całej serii Agathy Christie – nie wiem, dlaczego wtedy nie chwyciłam za nią tylko za Joe Alex’a.

Moja mama często powtarza, że śpiewałam jeszcze zanim nauczyłam się mówić. Po swojemu, bez skrępowania. Skrępowanie i wstyd przyszły później.

Mimo bujnej wyobraźni i zacięcia do pisania, z języka polskiego nigdy nie byłam specjalnie dobra. Większą frajdę sprawiała mi nauka angielskiego, choć właściwie uczennicą byłam raczej przeciętną. Jak tak teraz myślę o tym, to zapewne głównie przez to, że nie potrafiłam znaleźć jednego kierunku zainteresowania. Całe życie eksperymentuje, nawet z pisaniem.

Moja głowa nie zatrzymuję się w jednym gatunku. Nie, no bo po co? To by było za łatwe. Za mało angażujące. A u mnie zawsze musiało się coś dziać.

Więc dlaczego dopiero teraz przełamałam się i mimo przyzwoitego potencjału, nie zabrałam się za pisanie wcześniej? Dlaczego odkładałam to na później? Prawda jest taka, że gdy założyłam rodzinę zmieniły się moje priorytety. Głowa nie była tak bardzo napełniona historiami. Nie grała mi żadna melodia. Moje całe życie zaczęło się kręcić wokół dzieci i męża.

W 2019 roku moje życie zaczęło nabierać jednak nowego sensu. Po rozstaniu i częściowym załataniu serca wróciła do mnie moja pasja. Znów byłam w stanie zaśpiewać, a ludzie, którzy zaczęli towarzyszyć mi na tej ścieżce mieli więcej wiary w moje możliwości niż ja sama. To oni, a właściwie one, pchały mnie do przodu i pomagały walczyć z niepewnością i kompleksami.

W 2020 – w roku, który zapisał się na kartach historii całego świata – zapisał się równie szczególnie na kartach mojej historii. Wtedy pierwszy raz po piętnastu latach napisałam pierwszy wiersz. Potem przyszło opowiadanie, aż jakoś na początku 2022 przyszedł pomysł na kryminał. Uwierzysz mi lub nie, ale jego plan wciąż dojrzewa, ciągle do niego wracam. Spisuje pomysły i buduje historię tak, by, gdy do niego na dobre siądę i napiszę, zaparł czytelnikowi dech w piersiach i zmroził krew w żyłach. 

W międzyczasie staram się szkolić warsztat, poznaję niesamowite osoby ze świata pisarskiego a przede wszystkim tworzę nowe historie, które, mam cichą nadzieję, trafią kiedyś w Twoje ręce. Albo Twoich bliskich.

Dlaczego więc dopiero teraz wychodzę z cienia?  Ponieważ napisałam bajkę dla dzieci, a osoby, które ją przeczytały, wciąż powtarzały, że to jest bajka, która powinna ujrzeć światło dzienne. Dzieci moich przyjaciółek pokochały głównego bohatera i chciały więcej, a moje wzruszenie stało się jednocześnie moją dumą. Coś, co było przypadkową historią zainspirowaną narodzinami nowego członka rodziny, przerodziło się w pierwszy, ogromny krok w nieznaną mi przyszłość. Tylko że ja już się nie bałam. Chciałam, aby stało się prawdziwe. Pojawiła się wizja, dzięki której zdobyłam się na odwagę by powiedzieć o bajce całemu światu, nie tylko przyjaciołom.

W ubiegłym roku skończyłam czterdzieści lat i wiedziałam, że to właśnie ten moment w moim życiu, w którym czas postawić na marzenia i pokonać lęki i wątpliwości. Wyszłam ze strefy komfortu – piszę i wykonuję własne utwory. Mam zeszyty z milionem pomysłów i kompletnie nie-elastyczną dobą.

Dlaczego o tym mówię? Ponieważ chciałam Ci dziś powiedzieć, że wcale nie jest za późno by brać swoje życie za pas i rozkoszować się jego urokami. Nigdy nie jest za późno by na chwilkę przystanąć i zastanowić się nad tym czego się pragnie i zacząć sięgać po te marzenia, cele. Nie jest ważne czy masz piętnaście, dwadzieścia dwa, trzydzieści czy pięćdziesiąt lat. 

Ważne jest to, by pozwolić sobie na wejrzenie w głąb siebie. A potem spojrzeć w lutro i powiedzieć sobie: “Tak! To jest ten dzień, kiedy zacznę walczyć o siebie!”.

Nie jest to lekkie zadanie. Jest to ciężka praca prawie 24 godziny na dobę. Ale gdy widzisz wynik końcowy nic nie sprawia większej satysfakcji jak świadomość, że się udało. Nawet porażki nie są w stanie przebić się ten mur euforii. I tak zdaję sobie sprawę, że euforia mija, ale póki mam wspomnienia tych chwil, zawsze mogę do nich wracać. 

Warto marzyć i warto też działać. Niektórym idzie szybciej, niektórym wolniej. Najważniejsze jest jednak to, żeby się nie poddawać. Można robić przerwy na oddech, na zebranie sił, motywacji, nowej energii. Ale najważniejsze jest to, żeby wrócić.

Bo w życiu liczą się chwilę, te ułamki, które nas dopełniają, kształtują.

Nikt za nas nie przeżyje naszego życia, dlatego jest ważne byśmy żyli nim my sami i to tak, jak kochamy.

Pozdrawiam, Ola

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *